Z cyklu "Na dobry początek weekendu": Kartofel vs cukier, czyli jak sobie pościelisz tak się wyśpisz


 

jeśli czytasz naszą Sagę o Felku po raz pierwszy, zacznij od odcinka nr 1,
opublikowanego 1 grudnia 2016.

Kartofel vs cukier, czyli jak sobie pościelisz tak się wyśpisz

Felicjanie! – ten horrorystyczny okrzyk zmusza mnie do wpuszczenia pod moją dziecinną powiekę śladu światła. Krzyczę z bólu nie wydając jednak dźwięku; czuję, że moja rodzicielka jest tuż, tuż, nadchodzi. Nie mogę opóźnionymi reakcjami pokazać Jej, że prawie do rana, aż do wyczerpania baterii ćwiczyłem „Dumb Ways to Die”. Uwielbiam te kartofle czy inne fasolki, którym w najdziwniejszy sposób mogę uratować życie, jeśli tylko wystarczająco szybko otworzę drzwi do wagonika metra, czy znajdę sposób na ugaszenie pożaru wokół. Ten test na sprawdzenie bezinteresowności ćwiczyłem pewnie ze 3 miesiące. Aż coś w mojej pędzącym dojrzewaniu zatrzymało się nagle i zapytało: dlaczego? No i stało się, pytanie katalizator rozwojowy: zacząłem zastanawiać się nad swoim altruizmem. Przecież nie ratuję im życia, bo znam je, gadam z nimi, czy się przyjaźnię. Ratuję, bo mam z tego przyjemność. Czyli… ta myśl doprowadziła mnie dwa tygodnie temu niemal do spazmów. Wyciągam te głowobrzuchy z opresji dlatego, bo wówczas czuję się lepiej. Bo są uśmiechnięte, kolorowe i fajne. To odkrycie bardzo mnie poruszyło. Jak każdy konsument virtuala szybko przeniosłem tę sytuację do reala. Przypuśćmy, że coś dzieje się ze mną, ale liczę na to, że zanim wpadnę pod ten tramwaj ktoś się pojawi. Liczę, że ktoś obcy odruchowo narazi siebie, i wskoczy po mnie do jakiegoś bajora, bo nie uświadomiłem sobie zawczasu, że kompetencja pływacka nie przetrwała w mojej pamięci mięśniowej od czasu płodowej nieważkości do teraz, czyli po prostu się topię… Ratunku! Co zatem zrobi ów człowiek, jakie myśli przechodzą mu przez głowę? Czy przekalkuluje – co będzie z tego miał, czy po prostu zerwie z siebie zbędne bawełny i zanurkuje? Czy przyjemność bycia bohaterem post factum będzie na tyle kusząca, żeby zaryzykować swoje życie ratując moje?! Mogą w tej interwencji wziąć udział jakieś wiry lub skurcze, które w mig niweczą plany niedoszłego ratownika. Jak działa ludzki mózg w takiej sytuacji? Czy instynkt pomagania wygra z instynktem dbania o własne jestestwo? Czy umowa społeczna jaką jest konieczność ratowania kogoś w opresji zawsze działa? A może zadziała raczej wtedy, kiedy będzie tam dziecko. Natomiast jeśli ofiarą jest człowiek dorosły, nie daj boże bezdomny, umowa społeczna odwraca się czarną dziurą i wsysa zasady? No i tak zaczął się ten proces męczący moje zwoje przeraźliwie. Wnioski, do których doszedłem spowodowały insomnię niemal. Uwierzyłem, że trwanie co noc na stanowisku ratownika wyrobi we mnie odruch bezwarunkowy ratowania. Pomyślałem, że im bardziej bezbłędnie przejdę te nadzwyczajne wymysły narażania swojego żywota [z cała pewnością czerpali z nagród Darwina, tworząc tę listę prawie-śmierci] i podtrzymam jestestwo kartoflane, tym bardziej wyeliminuję własne zawahanie w sytuacji zagrożenia. A potem… apetyt rośnie w miarę jedzenia, skoro jestem tak uświadomiony-  zacznę przekładać ten altruizm na brak kalkulacji w sytuacjach mniej ekstremalnych. Po prostu stanę się niewiarygodnie uczynny, zawsze i dla wszystkich. Z uśmiechem będę pomagać. Do tej konstatacji doszedłem w poniedziałek i dało mi to tyle radości! Mistrz! Juhu!

A wczoraj był wtorek; co z tego? Całe dwa dni szczęścia. Czy to moje depresyjne widzenie świata hologramowało na innych, czy sam nieświadomie czułem, że jest jakaś rysa na tym ideale, nie wiem. Ale wiem, że to ONA musiała wszystko schrzanić. Wczoraj właśnie. Moja dziwna siostra, lat 13, z hakiem [Jej dziwność została wzmocniona faktem, iż będzie gasić światło w systemie gimnazjalnym; jest w pierwszej klasie, nomen omen wygaszanego tworu edukacyjnych zmagań, podobno potwornego] poprosiła mnie o pomoc. Miałem: udekorować dom mikołajami z różnych czekoladoniepodobnych mas oraz, co najważniejsze- trzymać język za zębami, żebyśmy mogli, we dwoje, zrobić niespodziankę z okazji 6 grudnia reszcie naszej dziwnej Rodziny. Mieli wrócić razem, we troje- Rodziciele i Ksawery- z kolejnej wizyty śrubowania zgryzu [niezła data na ortodontę;)], około 19:00. Róża przygotowała wszystkim prezenty, miało być konfetti [ciekawe czy to posprząta „Mikołaj”?], oraz poczęstunek, mikołajowy oczywiście. Róża wypowiedziała mi swoje żądanie nie znoszącym sprzeciwu nastoletnim głosem rano. Na co ja,  z uśmiechem– odpowiedziałem „pewnie, że to zrobię!”. Omal się nie zakrztusiła z wrażenia; bezcenny widok. Wybałuszyła oczy na moją reakcję - muszę się przyznać, że dotąd miałem wychlapane na jej prośby, posiadając oczywiście ważniejsze rzeczy do roboty niż współrealizacja celów życiowych normalnie dojrzewającej nastolatki, która wciąż mnie wkurza. Ależ teraz –jako nowy Felek,  po przemianie kartoflanej [jakież to burzące stereotyp, że gry na konsole, tablety, smartphony i inne nośniki jedynie ogłupiają] – mówię TAK, z ochotą. Jej osłupienie trwało tak długo, że stało się niewygodne. Cisza, której przezornie nie przerwałem i napięcie w tej prawie próżni spowodowało, że moje 5,5-roczna głowa dostała cios własnym obuchem olśnienia – bum! Chwalę geniusz swój w duszy mojej! Oto wniosek: skoro szanownej Siostrze zależy na tych wszystkich rzeczach, które chce ode mnie, mogę przecież wziąć od Róży coś w zamian, coś co dawno wyczekiwane. Np. dzielenie się ze mną słodyczami [jako jedyna dziewczynka wśród niedojrzałych domowników, ma jakieś nadzwyczajne przywileje w dystrybucji łakoci od dziadków, ciotek i innych znajomych; ok, może zabrzmiało to seksistowsko- trochę prawdy jest w tym, że Ksawery nosi druciane szczęki, a ja podobno jestem za mały na słodycze!]. Mogę też, przynajmniej czasowo mieć u Niej ścielenie mojego łóżka, której to czynności szczerzę nie cierpię, a od niedawna mam robić samemu [do tego to jakoś za mały nie jestem!]. Wow, co za życie królewskie- na zasłanym Róża’nymi rękoma łóżku siedzieć i zajadać ptasie na zmianę z galaretkami. Żyć, nie umierać. Ale, zaraz, zaraz.. to wyobrażenie niebiańskie przywiodło, jak na skaranie, moralne pytanie. Kartoflano – cukrowy dylemat, natychmiast urósł w do rozmiaru globu: a co z wypracowanym postanowieniem bezinteresownego altruisty bycia zawsze „na tak”, he?! Jak to pogodzić, co tu zrobić?! Mózg mój zapłonął jak silnik bolida na ostatniej prostej co rozpoczęło produkcję najszybszej i najgłębszej kalkulacji ever.

Poczułem oddech matczyny na twarzy mej, jakoś dziwnie blisko, chyba zaczęła się już przyglądać mojej bezreakcji na poranny thriller pośpiechu. Myśl- czy można wydzielić granicę, pomiędzy sprawami podstawowymi, czyli bezinteresownym ratowaniem zdrowia, życia lub jeszcze całego szeregu takich zachowań, a codziennym stawianiem granic rozsądnych warunków na prośby otrzymywane zewsząd – była jednak teraz najważniejsza.  Odpowiedź, mimo że wyłoniła się z ognia była dostojna, oszołomiła mnie swoją prostotą.  Nie ma nic złego w stawianiu granic. Wręcz przeciwnie. To zdrowe, że wymieniamy się przysługami, że nie robimy wszystkiego o co poproszą bezwarunkowo, za darmo, że mamy poczucie równorzędności. Tak jak i zdrowe jest nie stawianie warunków w sytuacjach granicznych, kiedy nie ma kalkulowania, ani targów. Myśl ta, przywiodła na me 5,5-roczne lico rumieniec życia. Uchyliłem powieki. Żadna liczba luksów nie mogła się równać z moim oświeceniem wewnętrznym. Budowanie zdrowych relacji w domu, przedszkolu, szkole, pracy, itd. daje spokój wewnętrzy i pewność, że nikt nikogo nie wykorzystuje, że nie ma zapędów wampirzych. Super. Uff, oczyszczająca myśl ta pokazała azymut działania.

Matka [jak dumnie to brzmi, wręcz biblijnie], z marsem na czole potrząsnęła prawie truchłem swojego syna nie wiedząc ile bilionów skomplikowanych procesów wydarzyło się w mym czerepie przez ten czas. -Feluś, co się z Tobą dzieje?! – niemal krzyknęła. Natychmiast zza jej pleców wyłoniła się Róża. -Znów pewnie grał całą noc- wyrecytowała z triumfalnym uśmiechem tak, jakby odkrycie tej tajemnicy i przekazanie jej dorosłemu miało decydować o nadaniu jej statusu pracownika MI6.  –Wstawaj, proszę -  już łagodniej powiedziała mama, i pościel łóżko – tutaj, przypomniała sobie o stanowczości! Dźwięk słowa-klucza postawił mnie na równe nogi. Spojrzałem najpierw na łóżko, potem na Różę i gęba rozdziawiła  mi się od ucha do ucha – starałem się skopiować Jej mimikę. – Musimy chwilę pogadać!- z uśmiechem wyrecytowałem w stronę Siostry.

Zdrowe relacje- hasło na Mikołaja, było – jak się okazało- moim najlepszym prezentem tego dnia!

Czyli? Oczywiście, dziecinnie proste!

 

Justyna Grabkowska, Negocjator, Scotwork Polska

 

 

 

 

 

0 Komentarze :

DODAJ KOMENTARZ

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

 
 
Wprowadź podany kod:

Ostatnie komentarze

Archiwum