Kompro-mis/ka


 Kompro-mis/ka

… ostatnie miesiące w mediach sponsoruje słowo „kompromis”. Trybunał konstytucyjny, aborcja, Powstanie Warszawskie, dywagacje samorządowo- marszałkowe – niemal w każdym ważnym temacie wszyscy (podobno) szukają kompromisu. Czym zatem jest to panaceum na wszelkie spory, kłótnie i wojny, mroczny przedmiot pożądania, które zaczęło robić taką karierę i być tak poszukiwane niczym mityczny święty graal?? Ano niczym właśnie, niestety… Jest pseudo-dobrą protezą. Mimikrą tylko, bo nieprawdziwym procesem szukania zgody, szacunku do drugiej strony i dbania o przyszłość. Kompromis w naszym wydaniu to nic innego jak  słowo - wytrych, którego trzeba użyć wówczas, gdy nie można znaleźć dobrego, negocjacyjnego porozumienia. Kompromis zakłada bowiem, że „krakowskim targiem” jakoś się dogadamy. Ty ustąpisz trochę, ja też oczywiście, i - tam gdzieś,  pośrodku - się spotkamy. Od zgnilizny śmierdzi z daleka, bo przecież nie o to w szukaniu konsensusu chodzi. Gdzież jest bowiem ów środek, który stanowi ziemię obiecaną dla wszystkich zwaśnionych stron? Najczęściej jest więc tak, że strona, która ma większą siłę (nadaną lub nabytą) lub jest bardziej przebiegła wychodzi z żądaniami ogromnymi, z roszczeniami absurdalnymi wręcz. Dlaczego? Bo zakładając kompromis jako efekt „negocjacji”  od początku doskonale wie, że będzie musiała dużo ustąpić, czasami bardzo dużo… Po pierwsze dlatego, że jej wymagania początkowe są nie do spełnienia, po drugie, by udobruchać obrażonego adwersarza zejściem z żądań, po trzecie, by takim gestem zamknąć mu usta zmuszając do zgody. Co bardziej cwani, napotykając opór drugiej strony w tymże manipulacyjnym działaniu używają dodatkowego czynnika - czasu. Dla wzmocnienia wyniku zastosowanej taktyki – cisną interlokutorów tak długo, aż nastąpi totalne zmęczenie materiału. Efekt jest taki, iż zmęczenie zmusza do powiedzenia „ok” na propozycję takiego kompromisu, oczywiście pojawia się „dla świętego spokoju”. Kompromis zatem, w takim kształcie nawet,  brzmi jak zbawienie. Ba, często strona, która ulega tej manipulacji  nie pamięta już jaki był cel tego ćwiczenia, po co w ten spór wchodzili, co chcieli  (tak naprawdę) osiągnąć. Będąc w takim położeniu to, czego chcą najbardziej, to zakończyć już ten spór, jak najszybciej – nawet za cenę odpuszczenia swoich pryncypiów. Nawet jeśli to oznacza rezygnację ze swoich celów w większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej to zaplanowali. Wszystko to kończy się niesmakiem, rozczarowaniem, poczuciem klęski przeważnie po jednej stronie.  

Ustępująca strona ma jedno na swoje usprawiedliwienie- zawsze może powiedzieć ze skruchą, kryjąc tym samym swoje zażenowanie sytuacją: przecież zawarliśmy kompromis, każdy musiał ustąpić. Nie wie jednak, może nawet nigdy o tym nie pomyśli-  że druga strona zlała do tej miski tylko to, co od początku zlać i tak chciała. Mhm… taka komunikacyjna kompro-miska, taka zlewka…ludzka olewka. Pod przykrywką szumnego kompromisu -brak rzeczywistego zrozumienia, chęci uhonorowania celów drugiej strony odpowiednią uwagą i szacunkiem. Wytrych pod nazwą kompromis otwiera komunikacyjne i społeczne szambo.

W taki sposób kapitału społecznego nie zbudujemy; tęsknota za świadomymi negocjacjami aż boli

 

Justyna Grabkowska, Negocjator, Scotwork Polska


0 Komentarze :

DODAJ KOMENTARZ

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

 
 
Wprowadź podany kod:

Ostatnie komentarze

Archiwum